środa, 29 marca 2017

Bohaterowie

  Ostrzeżenie!

Poniżsi aktorzy są tylko naszym (autorek) wyobrażeniem bohaterów "Srebrnego pióra'' a niniejszy post nie ma na celu ograniczenia waszej wyobraźni, ani, o zgrozo, zniszczenia wam waszego obrazu bohatera.
                                                           

  Bohaterowie główni 

                                
Celina Holmes
                                Gage Golighty                                
                                                                  


Podobny obraz 

Fryderyk Licht 
 Ian Somerhalder 
 
Znalezione obrazy dla zapytania scott eastwood 

Sam Licht
Scott Eastwood  

Znalezione obrazy dla zapytania anna popplewell 

Judy Baker
Anna Popplewell

Znalezione obrazy dla zapytania theo james 

Franklin
Theo James


Podobny obraz

Ilia Licht
Maria Pawłowska

Znalezione obrazy dla zapytania ben hill

Ludwik Licht
Ben Hill

Znalezione obrazy dla zapytania dylan o'brien 

Kacper Muriel - Tomson
Dylan O'Brien

Znalezione obrazy dla zapytania dave legeno 

Andrzej
Dave Legeno

Podobny obraz 

Dorotea
Bernadette Lafont  

Znalezione obrazy dla zapytania pierre richard 

Lord Nelson
Pierre Richard 

 Znalezione obrazy dla zapytania liam hemsworth 

Michael Muriel - Tomson 
Liam Hemsworth

 
Znalezione obrazy dla zapytania tyler hoechlin

                                                              
Bożydar Czarniecki
Tyler Hoechlin  

                                          
Light & Dark 

wtorek, 21 marca 2017

Spis treści

Rozdział 33 cz. II

   Sam

   To było jak krwawy sen. Chociaż nie. Sen to złe określenie. Raczej koszmar. To było jak krwawy koszmar. Nawet teraz, gdy cały czas się trzęsąc jechałem na tylnym siedzeniu samochodu, czułem spazmatyczne ruchy Franklina, jedne z ostatnich wspomnień z nim związanych.
   - Kocham cię. - Powiedziałem bezgłośnie. - Jak cholera.
   Ilia siedziała sztywno obok mnie, część jej fioletowych włosów spływała po moim ramieniu. Na początku chciała coś do mnie powiedzieć, ale się powstrzymała. Pewnie zrezygnowała z tego, aby zapytać, czy jestem biseksualistą. Subtelne zachowanie, w przeciwieństwie do Celiny.
   - Sam, czy ty mnie zdradzałeś? - Miałem szczęście, że odgradzała mnie od niej Ilia. - Jak mogłeś?
   Pozwoliłem sobie przemilczeć odpowiedź.
   - Jesteś okropny. Ja nigdy bym ci tego nie zrobiła. A zwłaszcza z dziewczyną! - Każde słowo wypowiedziane jej piskliwym głosem raniło mnie. Za każdym razem rana zaczynająca się przy sercu, powiększała się.
   Miałem dość.
   - Celina, przymknij ryj. - Nawet nie zaszczyciłem jej spojrzeniem. - Mam cię powyżej uszu. - Cały czas wpatrywałem się w krajobrazy. - Zjeżdżaj stąd.
   Kątem oka dostrzegłem jak Ilia się uśmiecha.
   Celina zaniemówiła. Jej jedyną reakcją było ciągłe zginanie i prostowanie palców oraz mruczenie słów, których sens rozumiała tylko ona.
   Dorotea, która starała się nie przysłuchiwać rozmowie wysiadła z auta i przekazała kierownicę Judy.
   - Dziękuję za podrzucenie mnie aż tutaj. - Jej spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem kwiaciarki. - Zajmę się Andrzejkiem dopóki nie wrócicie.
   Judy podziękowała jej skinieniem głowy, gdy doszła do wniosku, że nie zdoła dobrać odpowiednich słów i kiedy starsza pani zatrzasnęła drzwi, nacisnęła pedał gazu.
   Oparłem głowę na ramieniu Ilii, a ona ignorując zabójcze spojrzenie Celiny, zaczęła głaskać mnie po włosach.
   - To moja siostra. - Wychrypiałem do Judy, choć tak naprawdę była to informacja dla Celiny.
   - Nie miałam pojęcia. - Szatynka zjechała na prawy pas i na krótką chwilę obejrzała się na mnie. Jej spojrzenie wyrażało wszystko to, czego potrzebowałem.
   Od tamtej pory Celina wpatrywała się w okno, delikatnie drżąc, dopóki Judy nie zaproponowała jej, żeby usiadła z przodu. Ilia chciała zająć miejsce blondynki, ale poprosiłem ją, żeby została najbliżej mnie jak się da.
   Dziewczyna zastępowała mi Fryderyka, który zawsze przy mnie był. Chciałem mu wszystko opowiedzieć, wypłakać się w jego koszulę i dostać z pięści. Pragnąłem jego obecności, tego aby zmaterializował się obok mnie. Ale co dziwne, nic z tego się nie spełniło.
   Nagle parsknąłem śmiechem. Głębokim śmiechem z wnętrza mnie. Zdrowym śmiechem. Śmiechem, pozwalającym na zapomnienie o śmierci bliskiej osoby, o braku podparcia, o końcu miłości, o samotności w tłumie, o całym świecie... 

***

   - To był zły pomysł. - Nie do końca mogłem stwierdzić do kogo należał głos. - Jest za ciężki. - Kojarzyłem go, ale nie mogłem dopasować do właściciela. 
   Spróbowałem otworzyć oczy. Za jasno. Mocno zacisnąłem powieki. 
   - Celina, szybciej! - Chwila... To była Ilia. 
   Ponowiłem próbę otwarcia oczu. Jasno, ale da się przeżyć. Poczułem jak cztery dłonie ściskają moje ciało. Obok mojej głowy szła Ilia, przy nogach Judy. Gdzie Celina?  
   - Obudził się. - Judy westchnęła z ulgą. 
   - Niech teraz radzi sobie sam. - Ilia puściła moje ramiona i nagle moja głowa poleciała w dół. 
   Ujrzałem do góry nogami drobną blondynkę targającą jakieś bagaże. Celina. 
   Judy pomogła mi stanąć na nogi i posłała Ilii zabójcze spojrzenie. 
   - Następnym razem możesz być delikatniejsza. 
   Zignorowałem ją.
   - Co się dzieje? - Spojrzałem po kolei na wszystkie kobiety. Celina nawet na mnie nie spojrzała, dalej walczyła z torbami. Ilia znacząco spojrzała na kwiaciarkę. - Więc?
   - Spałeś. Mocno. - Judy miło się do mnie uśmiechnęła. - Nie chciałyśmy cię budzić. 
   - Serio? - To ma być powód całej tej sytuacji?
   - Ani nieść tych toreb. - Ilia wzruszyła ramionami. - A ktoś musiał. 
   Celina nagle rzuciła wszystkie bagaże i mijając nas bez słowa ruszyła do budynku stojącym kilka metrów prze nami, hotelu Yellow Bird. 
   - Wariatka. - Mruknęła Ilia. 
   Nie odezwałem się, zamiast tego przyniosłem torby i poszedłem za Celiną, zostawiając Judy i Ilię same. 

***

   Nigdy nie mieszkałem w jednym pokoju z dziewczyną. A tym bardziej z trzema. Nasze tymczasowe mieszkanie obejmowało jedną dużą sypialnię i łazienkę zbyt małą, na cztery osoby.  
   Ściany pokoju były pomalowane beżową farbą, na jednej wisiała reprodukcja "Damy z łasiczką". Na podłodze leżał biały dywan, który miał już za sobą lata świetności. Szafa stojąca koło łóżka Ilii kryła w sobie nasze bagaże - trzy torby nowych ubrań dla Celiny i Ilii oraz jedna z rzeczami dla mnie i Judy. Była jeszcze czwarta z rzeczami na drogę. 
   Judy zajęła łóżko pod oknem i położyła klucz do pokoju na parapecie. Kiedy na niego patrzyłem, widziałem tylko recepcjonistkę przydzielającą nam pokój.
   - Ile osób? - Kobieta w średnim wieku  miała szorstki głos i nad wyraz spokojną twarz. 
   - Cztery. - Ilia zacisnęła palce w pięść i położyła ją na ladzie. 
   - Ile pokoi?
   - Wystarczy jeden. - Judy wyjęła ze spodni kartę płatniczą. Wszyscy spojrzeli na nią z wyrzutem. 
  - Oczywiście. - Kobieta najpierw spojrzała na mnie, potem po kolei na każdą z dziewcząt, nie próbując nawet ukryć rozbawienia. - Miłej zabawy.
   Judy jedynie wzruszyła ramionami.

   Do rozstrzygnięcia pozostała tylko kwestia tego, gdzie będę spał. Łóżko Judy i tak było dla dzieci, a nikt z obsługi nie chciał go wymienić, pozostawały więc Ilia albo Celina. Najpierw spojrzałem na siostrę.
   - Nie. - Leżąc na brzuchu Ilia czytała jakieś czasopismo.
   - Celina? - Blondynka malowała sobie paznokcie na dwuosobowym łożu.
   - A któryś z twoich kolegów się do nas przyłączy?
   - Nie? - Nie rozumiem dlaczego tak bardzo to przeżywa.
   - To nie. - Dziewczyna pokazała mi język. - Prysznic na ciebie czeka, Sam.
   - Stokrotko... - Wyciągnąłem rękę w jej kierunku.
   - Nie dotykaj mnie. Nigdy.
   Ilia podniosła głowę znad gazety i przyglądała nam się z uśmiechem.
   - Czas leczy rany. - Szepnęła. - Pójdę się przebrać.
   Celina zerwała się z łóżka.
   - Ja też.
   - Chyba się spociłam. - Judy dołączyła do nich w łazience.
   Szkoda, że zapomniały nowych ubrań. Uśmiechnąłem się do siebie. Po chwili usłyszałem wołanie.
   - Sam! - Krzyknęła Celina.
   Zaniosłem torby pod drzwi łazienki. Celina wychyliła się zza drzwi, ubrana jedynie w bieliznę.
   - Zamknij oczy, odejdź stąd i się do mnie więcej nie odzywaj. - Każe słowo coraz bardziej akcentowała i mówiła bardziej oschle.
   - Jak sobie życzysz.
   Dziewczyna zatrzasnęła mi drzwi przed nosem. Zacząłem spacerować po pokoju.
   - Myślałem, że robicie jakąś naradę przeciwko mnie. - Nie mogłem się już dłużej powstrzymać.
   Odpowiedziała Ilia.
   - Robimy.
   - Nago?
   - A co ci do tego?
   Przeszły mnie ciarki.
   Po pół godzinie wszystkie trzy panie wyszły z łazienki zupełnie inne niż wcześniej. Ilia była delikatniejsza, Judy bardziej wyrazista, Celina groźniejsza.
   Ta pierwsze miała subtelny makijaż, włosy uczesane w kłosa, jasno szarą sukienkę do połowy uda i czarne balerinki. Włosy Judy ślicznie falowały się po warkoczu, jej oczy były ozdobione czarną kreską i na tym właściwie kończył się jej makijaż. Założyła białą koszulę z dekoltem w serek, zielone jeansy i czarne szpilki, ale nawet wtedy nie była tak wysoka jak Ilia. A Celina... ona miała na sobie czarny kombinezon i kremowe buty na obcasach. Jej włosy były uczesane w koronę, a usta pomalowała krwistoczerwoną szminką.
   - Bardzo ładnie. - Pochwaliłem Judy i Ilię.
   - Jak zawsze. - Ilia szerzej się uśmiechnęła.
   - Mi tego nie powiesz? - Żyła na szyi Celiny drgała nerwowo.
   - Ymmm... Judy, powiedz jej, że zabroniła mi się odzywać.
   Judy położyła dłoń na gołym ramieniu Celiny. Widziałem, jak dziewczyna napręża się.
   - Celina, Sam mówi...
   Blondynka machnęła lekceważąco ręką.
   - Słyszałam.
   - Celina, bądź już cicho. - Ilia spojrzała na nią jak na służącą. - Musimy już iść.
   - Niby gdzie? - Czemu one nigdy mi niczego nie mówią?
   - A raczej po co, Sami. - Judy szybko spakowała małą torebkę w kształcie serca. - Idziemy po pewną informację.
   - Przecież niedługo mieliśmy stąd wyjechać. - Zmarszczyłem czoło i cofnąłem się.
   - No właśnie. Przecież musimy wiedzieć gdzie. - Ilia cicho prychnęła.
   - A ja? - Nie ma mowy, abym został sam.
   - Nie jesteś nam potrzebny. - Bardzo cenię delikatność mojej siostry. - Zostajesz.



                                          
Light

 

środa, 15 marca 2017

Rozdział 33 cz.I

  Fryderyk

   Zimne  palce Drugiego wilka oplotły moją brodę.
  - Jedziemy do Clermont, synu. - Ojciec odsunął dłoń od mojej twarzy.
  - Czemu mi to mówisz? - Zmarszczyłem czoło i cofnąłem się  o kilka kroków. - Nie boisz się, że mogę wykorzystać to przeciwko tobie?
  - Jesteś jak ja, Fryderyku. Nie zrobisz niczego przeciwko mnie. - Palce mężczyzny przez dłuższą chwilę pozostały mocno ściśnięte.
  - Ja potrafię kochać.
  Ciemne oczy ojca przeszył błysk pełen bólu.
  - Miłość to słabość.
  - Jesteś... jak robot. Nie okazujesz uczuć, jesteś bezwzględny i nie obchodzi cię dobro innych.
  - Nie? - Drugi wilk uniósł brew. - Czym  w takim razie była lżejsza kara?
  - Głodówka? - Prychnąłem.
  - Będziesz się ze mną kłócił? - Ojciec uniósł teatralnie jedną brew. - Może i jesteś lepszy od innych. Ale w porównaniu ze mną, jesteś tylko jedną z kostek domina, nie dłonią.
   - Przepraszam, miałeś rację. - Syknąłem i ze skruchą spuściłem głowę, lecz w środku siebie słyszałem w kółko powtarzającą się frazę "Jestem nowym tobą. Jestem lepszym Lichtem." - Więc co teraz, Drugi wilku?
   - Wykorzystamy nasz helikopter, i nim dotrzemy prawie bezpośrednio na miejsce.
   Pokiwałem dwa razy głową, nie zdradzając już żadnych uczuć. Mam być kostką dominą? Będę nią. Ale do czasu.
   - Teren zostanie wcześniej oczyszczony z ludzi, więc wszystko powinno przejść bez problemów. Chyba, że te cholerne Łabędzie znów pojawią się w niewłaściwym miejscu i czasie. Więc bądź przygotowany na małą bójkę. - Spojrzałem ojcu prosto w oczy, uwalniając jednak moje spojrzenie od wyzwania. - Lecz ty nie będziesz walczyć. Mamy od tego ludzi.
   Powstrzymałem uśmiech, choć kąciki moich ust lekko drżały przez chwilę.
   Zadałem rzeczowe pytanie:
   - Kto z nami poleci?
   - Pilot, którego później skasujemy i ochrona. - Twarz ojca nic nie wyrażała.
   - A reszta Zakonu?
   - Chyba nie oczekujesz, że poleci z nami cały. Tylko najbardziej przydatni. Będę mieli oddzielne helikoptery.
   - Rozumiem. A co z obrączką? - Schowałem dłonie do kieszeni, aby nikt nie widział jak drżą.
   - I na nią przyjdzie czas.

                                    
Light 

niedziela, 5 marca 2017

Łowca demonów. Rozdział I. Teo.

   Długie podróże były dla mnie rutyną. Z Oksfordu do Dunnet, które było po drugiej stronie kraju jechało się ponad jedenaście godzin.
   W domu Raven byliśmy przed północą. Kiedy zaparkowaliśmy naprzeciwko niskiego domu z basenem na czele, wszystkie światła były pogaszone.
   - Mam do niej zadzwonić? - Victor wyjął komórkę z kurtki pilotki.
  Miałem odpowiedzieć, że tak, ale nagle dawny ja wychynął z głębi mojego serca.
   - Po co? - Zrobiłem minę, która uwydatniała drugi podbródek i spod przymrużonych brwi spojrzałem na bruneta. - Przecież mamy klucze.
  - Wcale nie, Teo. - Vic otworzył drzwi ze strony pasażera i sięgnął po swój plecak.
  - To dziwne... - pogrzebałem chwilę w schowku i wyciągnąłem pęk kluczy. - Ten jest do mojego mieszkania, ten do twojego Vic - wskazywałem po kolei na klucze - ten jest do skrzynki na listy, ten do piwnicy... a te trzy - ścisnąłem najmniej używane klucze - są do tego domu. Ten złoty do drzwi wejściowych, srebrny do piwnicy i na strych i ten z dziurką do skrzynki pocztowej.
   - Teo... to by wyjaśniało rzeczy poprzestawiane w moim domu. Skąd ty to wszystko masz, mały spryciarzu? - Victor otworzył przede mną drzwi.
   - Były mi potrzebne. - Wzruszyłem ramionami i z trudem powstrzymałem uśmiech. - Pamiętasz jak kiedyś zgubiłeś klucze, ale potem okazało się, że zostawiłeś je na sali wykładowej?
  - Tak. Przestraszyłem się wtedy.
  - Ja je zabrałem, dorobiłem i odłożyłem. - Uśmiechnąłem się i wysiadłem z forda.
  - Nie wierzę. - Żyły na szyi mojego przyjaciela powiększyły się. - Ty dupku!
  Zamknąłem samochód i pobiegłem nad basen.
  - Vic, powtórz to! - krzyknąłem i pokazałem mu środkowy palec.
  Łowca zaczął się do mnie zbliżać, jego ciało wyrażało gniew i rządzę walki.
  Najpierw dostałem pięścią w twarz, potem kopniaka w brzuch. W końcu postanowiłem zaangażować się w bójkę. Uwięziłem Victora w uścisku i zbliżyłem usta do jego ucha.
   - Będzie mokro.- Szepnąłem, a moje zęby drgały przy każdym słowie.
   Obaj wylądowaliśmy w basenie. Najpierw ja, potem Vic, wciągnięty przeze mnie.
   - Troszeczkę ochłonąłeś? - Zapytałem z przesadną troską.
   - Niewystarczająco. - Victor zacisnął zęby i nasze głowy uderzyły o siebie.
   Kopnąłem bruneta w plecy i zwinnie wspiąłem się po drabince na brzeg. Zdjąłem mokre ubrania i pozostałem w samych bokserkach. Wtedy Vic chwycił mnie za kostkę.
   - Dlaczego ciągle nas skłócasz? - Jego twarz wyrażała grymas bólu, lecz nie fizycznego.
   "To zabawne."
   - Może jestem masochistą? - Odparłem zupełnie poważnie.
   Wyciągnąłem rękę w kierunku Victora. On ją złapał i wciągnąłem go na brzeg.
   - Lepiej zdejmij mokre ubrania, będziesz chory. - Doradziłem mu.
  Łowca obrzucił mnie uważnym spojrzeniem.
   - Jeżeli je zdejmę, będę jeszcze bardziej podatny na choroby. - Pokazałem mu język.
   - W takim razie chodźmy.
   Vic obejrzał się na basen.
   - A ubrania? Nie bierzesz ich?
  - Na co one by się komu przydały, Vic?

   Mówiłem, że całkowicie się zmieniłem? Poprawka: próbowałem się zmienić. Z wyglądu było bardzo łatwo, choć spalenie wszystkich moich jeansów, podartych i poplamionych przez demony było dosyć... smutne.
   Cali mokrzy (dobra, tylko ja byłem mokry) siedzieliśmy z Victorem na buraczkowej kanapie w ciemnym salonie, gdzie jedna ściana była zbudowana jedynie ze szkła.
   - Chcesz tu siedzieć całą noc? - Victor mocniej owinął się kocem ściągniętym z kaloryfera.
   - Przepraszam, Vic. - Zamiast na niego, patrzyłem na moje palce, które rytmicznie pukały w moje gołe uda.
   - Popsułeś mi telefon, Teo. - Brunet lekko się do mnie uśmiechnął. - Teraz musimy obudzić Raven. - Energicznie wstał z kanapy i wyciągnął do mnie dłoń.
   - To wydaje się być głupim pomysłem. - Panowanie nade mną przejął nowy ja. - Zdrzemnijmy się tutaj, na kanapie i spróbujmy nic nie zniszczyć. - Mój głos było opanowany. Żałowałem, że  zostawiłem moje ubrania na dworze.
   - Jak chcesz. - Zadowolony pokiwałem głową. - Idę do jej sypialni.
  Zamknąłem na chwilę oczy.
   - Nigdzie nie pójdziesz. - Powiedziałem najpewniej siebie, jak tylko mogłem.
  - Nie rozkazuj mi.
   - Jestem od ciebie mądrzejszy, powinieneś brać moje rady pod uwagę.
  Victor roześmiał się.
   Nagle w salonie zapaliło się światło.  Raven wychyliła się zza ściany.
   - Co wy tu robicie? - Wychrypiała. Jej twarz wyrażała zaskoczenie i gniew.
   Spojrzałem na jej drobne ciało, ukryte pod obcisłą, czarną koszulą nocną sięgającą do połowy uda. Dłonie Raven były zaciśnięte. Obawiałem się, że wbije swoje długie paznokcie w jasną, delikatną i pachnącą latem skórę.
   - Dlaczego jesteście mokrzy? - Dziewczyna coraz bardziej się rozluźniała, jej gniew mijał, coraz bardziej zastąpiony przez troskę.
   - To moja sprawka. - Vic podniósł rękę, jakby zgłaszał się do odpowiedzi.
   Niemo mu podziękowałem. Kiedyś Raven postawiła mi warunek. Jeżeli nadal chciałem z nią być, miałem się zmienić.  Od tamtego momentu, Victor zawsze mnie krył, a Raven coraz bardziej patrzyła na niego z rezerwą.
   Podszedłem do dziewczyny i przytuliłem ją. Zatopiłem dłoń w jej włosach i palcami wyczułem krótkie włoski na karku.
   Victor odchrząknął.
   Odsunąłem się od Raven, ale ten dziwny dotyk na nodze nie minął. Spojrzałem na moją łydkę i dopiero teraz ujrzałem, jak mała dłoń zaciska na niej pulchne paluszki.
   - Po! - Krzyknąłem mile zaskoczony.
   Malec ubrany był w  niebieską pidżamę w statki i puchate skarpetki.
   Ukucnąłem i podniosłem go.
   Błękitne oczy Poseydona, które tak bardzo przypominały jego matkę, obrzuciły mnie ciekawskim spojrzeniem. Przejechałem drżącą dłonią po jego jasno brązowych włosach, myśląc, że to może być mój syn.
   - Chcę do taty! - Wybełkotał.
   - Jasne... - mruknąłem i podałem go Victorovi.
   - Dam ci jakieś ubranie. - Raven chwyciła moją dłoń i poszliśmy do małego pokoju, w którym razem z Victorem spaliśmy, kiedy przyjeżdżaliśmy.
 
    Chwilę później byłem już ubrany w ciepły zielony sweter (podkreślający moje oczy) i szare spodnie od pidżamy. Siedziałem z Raven na fotelu, w jednej ręce ściskając parzący kubek, w drugiej jej małą dłoń. Naprzeciwko nas, na kanapie Po drzemał z głową na kolanach Victora, który co chwila gładził jego gęste włosy.
   Nagle Raven zesztywniała.
  - Victor - szepnęła tak, by nie obudzić Po. - Co się stało?
   - Może nic takiego? Może po prostu chciałem zobaczyć Dona? - Vic pocałował malca w czoło.
  Oboje z Raven posłaliśmy mu niedowierzające spojrzenie.
  Pierwsza odezwała się Raven.
   - Po pierwsze, Don, to raczej damskie imię, braciszku; po drugie nie potrafisz kłamać.
  Victor naprężył się jak kot i błyskawicznie odpowiedział:
   - To mój syn, macie się do niego zwracać Don, nie Po. - Przemilczałem to, co cisnęło mi się na usta "to nie jest takie pewne, Vic".
   - To ja się nim zajmuję przez większość czasu, jestem dla niego jak matka, będę go nazywać jak tylko będę chciała. - Raven była coraz bardziej spięta, jej szare oczy coraz bardziej przypominały chmury burzowe. - Dlaczego przyjechaliście? - Jej głos nagle stał się oschły i głośny.
   - Sprawy wymknęły się spod kontroli. Ktoś doniósł na nas radzie i mamy kłopoty. - Victor obudził Po. - Rybko - co za ironia. - Tatuś zaniesie cię do łóżeczka.
 
                                         
Light
  

czwartek, 2 marca 2017

Rozdział 32 cz. II

 Judy

Po tym jak odstawiliśmy Andrzejka do Heli czym prędzej pojechaliśmy do willi rodu Licht'ów. Zdenerwowana robiłam kółeczka kciukami. Wzięłam głęboki oddech. Dorotea zaparkowała kilka kilometrów przed willą.
- Ukryjcie się w bagażniku pod kocem i nie wychodźcie póki wam nie pozwolę. - powiedziała rozglądając się uważnie.
Niezwłocznie to zrobiłam, a chwilę później dołączył do mnie Franklin, trzymający kurczowo moją wiatrówkę. Skuliłam się jak auto znowu ruszyło. Poczułam czyjąś rękę na ramieniu.
- Wszystko będzie dobrze. - szepnął Franklin.
Pokiwałam głową starając się w to uwierzyć.
Nagle samochód zahamował.
Usłyszałam głosy.
- Ma pani pozwolenie na obecność na tej posiadłości ?
- Jestem Dorotea. - odparła staruszka.
O dziwo, po tych słowach samochód mógł jechać dalej.
W końcu Dorotea pozwoliła nam wyjść.
- Schody do lochów są w lewym skrzydle ukryte za obrazem Białej Damy. Pan Ludwik bardzo ceni sobie prywatność dlatego też nie ma wewnątrz żadnych straży ale za to są przy oknach więc...
- Więc? - spytał już lekko zirytowany Franklin.
- Musicie dokonać wyboru. Albo się przebierzecie za służbę, albo będziecie się czołgać przez cały dom.
Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo.
- Czołganie.
- Przebranie.
Powiedzieliśmy jednocześnie. Rzuciłam białowłosemu mordercze spojrzenie.
- Mam dzisiaj moje ulubione rajstopy w niebieskie kropki, jedyne, które nie mają dziur. Nawet nie myśl, że będę się czołgać. -burknęłam robiąc usta w ciup.
Franklin uniósł ręce w poddańczym geście.
- Jak wolisz o pani. - uśmiechnął się i ukłonił teatralnie.
Chwilę później spokojnym krokiem kierowaliśmy się w stronę obrazu. Był on tak wielki, że zajmował połowę ściany, więc nie dziwię się, że ukryto za nim drzwi. Otworzyłam je szeroko i....
Padłam plackiem na podłogę. Jęknęłam przeciągle. Ktoś przygniatał mnie do ziemi tak, że nie mogłam oddychać! Po chwili ciężar znikł i zobaczyłam Sama wraz z jakąś dziewczyną.
- Sam! - krzyknął uradowany Franklin, rzucił mi wiatrówkę (bardzo bezpieczne) i  przytulił chłopaka.
Blondyn delikatnie go objął. Uśmiechnęłam się do siebie, po czym spojrzałam na dziewczynę.
- Kim jesteś? - spytała obserwując kątem oka chłopców.
- Judy Baker, przyszliśmy uratować Sama ale najwyraźniej... sam się uratował.
Dziewczyna pokiwała głową.
- Okej, jeśli nie macie nic przeciwko to chciałabym już wrócić do domu. - powiedziałam.
Sam wypuścił Franklina z objęć i zmarszczył brwi.
- Mam wrażenie, że czegoś zapomniałem...

Celina

Nagle moją iście interesującą rozmowę z Bożydarem przerwał szczęk zamka. Bożydar uśmiechnął się uradowany.
- W końcu ktoś cię z stąd zabierze. - powiedział prawie płacząc z szczęścia.
Posłałam mu mrożące krew w żyłach spojrzenie. Po chwili pisnęłam z radości i rzuciłam się na wchodzącego do celi Sama. Ktoś mnie odepchnął od blondyna.
- Zostaw mojego chłopaka szmato! - warknął jakiś białowłosy chłopak.

Franklin

Dziewczyna zlustrowała mnie od góry do dołu.
- Nie. - prychnęła i zarzuciła teatralnie swoimi żółtymi kłakami.
Miała całkowicie inny kolor włosów niż Sam. Mój ukochany miał piękne, złote włosy z karmelowymi przebłyskami a jej włosy kolorem przypominały jajecznice. Judy ciężko westchnęła.
- Chcę do domu. - jęknęła.
- To chodźmy. - odparł Sam i wszyscy ruszyliśmy za nim.
Nagle wszystko zwolniło. Zza rogu wyskoczył facet i wcelował pistoletem w plecy Sama.
 Bez wahania popchnąłem go, po czym poczułem dotkliwy ból w podbrzuszu. Dotknąłem drżącą ręką brzucha i z przerażeniem zauważyłem, że jest ona cała w krwi.
Osuwając się powoli, jak przez mgłę, zauważyłem jak mężczyzna, który strzelił pada martwy.
Z każdą sekundą opuszczały mnie siły. Poczułem jak silne, ciepłe ramiona oplatają mnie w tali. Uchyliłem powieki, które nawet nie wiem kiedy zamknąłem, i zobaczyłem anioła. Mojego ukochanego anioła.
Uśmiechnąłem się lekko po czym, z wielkim trudem, pogłaskałem go po policzku. Był mokry.
- Nie płacz - szepnąłem - Przecież kiedyś się jeszcze spotkamy, prawda? - spytałem sam powstrzymując z łzy.
On pokiwał lekko głową a ja uwierzyłem mu, chociaż wiedziałem, że to kłamstwo. Położyłem mu głowę na kolanach.
- Wiesz, jak cię pierwszy raz spotkałem to byłeś smutny i przybity. W dodatku, chyba się mnie bałeś - zaśmiałem się cicho, przez łzy - Mimo to wydawałeś mi się najpiękniejszą osobą jaką znałem, z każdą z chwilą, z każdym słowem zakochiwałem się w tobie bardziej, choć tak mało spędzaliśmy z sobą czasu. Kocha.......
Nie miałem już siły dokończyć. Przestałem czuć ból, a cały świat przysłoniła mi czerwona mgła. Mimo to usłyszałem jego słowa. Cichy szept, który przedarł się przez cały ten chaos. Poczułem jak kąciki ust mi się lekko unoszą, po czym odpłynąłem w ciemność.

 Sam

Trzymałem kurczowo jego kruche, blade ciało. Zsiniałymi palcami głaskałem go po jego białej czuprynie. Poczułem jak obejmują mnie czyjeś chude ramiona. Odepchnąłem je, ignorując oburzoną, blondwłosą właścicielkę. Podniosłem go, obejmując delikatnie. On żyje - wmawiałem sobie. On tylko śpi.
Poczułem jak ktoś mnie łapie za ramię. To była Judy. Spojrzałem na nią otępiały. Po chwili poczułem jak piecze mnie w policzek. Otwarłem szeroko oczy,
- Wybacz musiałem to zrobić. Bałam się, że oszalejesz - uśmiechnęła się lekko mimo tego, że miała czerwone i opuchnięte od łez - Musimy się stąd wydostać.
Pokiwałem głową. Miała rację.
 

niedziela, 26 lutego 2017

Łowca demonów. Prolog. Teo.

   Imię Teo, przypisuje człowiekowi noszącemu to imię pewne cechy - pewność siebie, możliwość bycia pępkiem świata, czasem zarozumiałość i bycie egoistą.
   I z bólem muszę przyznać, że kiedyś utożsamiałem się z moim imieniem. Codziennie przypominała mi o tym blizna przecinająca lewą brew i dziura po kuli nad moim łóżkiem.
   Lecz teraz mogę śmiało powiedzieć, ze naprawdę się zmieniłem. I to nie tylko z charakteru. Zwykle noszę koszulę i marynarkę, jeansy i trampki, a żeby dodać sobie trochę powagi, zakładam też okulary zerówki. Codziennie się golę i w każdą pełnię ścinam moje gęste, złote loki.
   Ale mimo tych wszystkich rzeczy, nie mogę zapomnieć o mojej przeszłości. W odbiciu swoich zielonych oczu, widzę cień dawnego mnie. Łowcy demonów.

***

    Wysiadłem z mojego forda mustanga z 1967, który już dawno przeszedł zapachem soku z brzozy i pobiegłem na ostatnie zajęcia przed wakacjami na Oksfordzie, na wydziale matematyki.
    Kiedy już tylko kilka kroków dzieliło mnie od drzwi do sali wykładowej, ktoś pociągnął mnie na bok.
   - Teo, musimy spadać. - Szepnął Vic, mój najlepszy przyjaciel.
   Victor był ode mnie starszy o rok i dzielił ze mną wspólną przeszłość. Nawet jako heteroseksualny chłopak, mogłem bez wahania powiedzieć, że był przystojny. Vic miał czekoladowe włosy ścięte na pompadour, alabastrową cerę, chłodne, błękitne oczy i wymarzoną sylwetkę.
   - Znowu? - Zaniepokoiłem się. - Jeżeli opuszczę te zajęcia, to nie zdam. - Mruknąłem.
   - Czy ty siebie słyszysz? - Vic był wkurzony. - Wybierasz naukę, zamiast dalszego życia?
   Kiedy powiedział to na głos, to faktycznie wydawało się niedorzeczne.
   - Idziemy. - Warknąłem nie patrząc na Vica i pobiegliśmy w kierunku wyjścia.
   Dobrze wiedziałem, że błędy z przeszłości dadzą nam się we znaki.

***

   - Gdzie w takim razie jedziemy? - Zapytałem, chociaż dobrze znałem cel podróży. 
   Victor uparł się żeby prowadzić i już kilka razy musieliśmy wiać przed policją. 
   Mój przyjaciel zdjął czarne jak noc lenonki i odwrócił spojrzenie, kryjąc przede mną całą gamę uczuć - podekscytowanie i dreszczyk emocji, radość, nostalgię, smutek, przygnębienie i strach. 
   - Jedziemy do Raven. - Jego place zacisnęły się na kierownicy i stopa gwałtownie pchnęła pedał gazu. 
   - Czyżby tylko do Raven? - Uniosłem brwi i zagryzłem usta powstrzymując uśmiech. 
   Vic milczał. Zacząłem pukać palcami o szybę. 
   - Victor... - Posłałem mu kuksańca.
   Żadnej reakcji. 
   - Vic... - Uszczypnąłem go w kolano. 
  Nadal nic. 
  - Vickuś... - Przyklepałem mu włosy.
  - O  co ci chodzi, Teo?! - Victor zatrzymał samochód. - Chcesz żebyśmy mieli wypadek, czy żebym wyrzucił cię z auta?
   - To moje auto. - Uśmiechnąłem się. 
  Vic przetarł dłonią oczy i uniósł brwi.
   - Jedziemy do Poseydona. - Mój przyjaciel wstał i wyjął z bagażnika puszkę piwa.- Teraz ty prowadzisz. 
   - Cieszysz się, że go zobaczysz, co? - Szturchnąłem Vica i trochę piwa skapnęło na jego koszulę. 
   - Kto by się nie cieszył na widok własnego syna, Teo? 
   - Kto by się nie cieszył na widok cudzej siostry, Vic?
   Roześmialiśmy się. 
   - Ale nadal nie rozumiem jednego... - Victor uniósł pytająco brwi. - Jak mogłeś nazwać swojego pierworodnego syna Poseydon? 
   - Teo... nie zaczynaj znowu. Dobrze wiesz, że Mara była wodnym demonem. Chciałem...
   - Chciałeś uwiecznić moją dziewczynę w imieniu twojego syna? Jesteś chory. 
   - Dobrze wiesz, że ona to wszystko zaplanowała. Uwiodła mnie. 
   Wstałem i otworzyłem drzwi auta. 
   - A może to ty uwiodłeś ją, Victorze... - wiedziałem, że to nieprawda, ale nagle cała złość jaką w sobie trzymałem, wyszła na wierzch. 
   - Jeżeli mowa o uwodzeniu, to ty jesteś mistrzem. - Vic posłał mi ostre spojrzenie. - Miałeś w tym samym czasie trzy dziewczyny, w tym Raven. 
   - To przeszłość. - Zacisnąłem zęby.  
   - Tak samo jak Mara. 
   - Świetnie. - Odparłem. - W takim razie jedźmy do mojej narzeczonej, twojej siostry i opiekunki twojego syna. 
   - Tak, jedźmy już. 
   Jednocześnie zapieliśmy pasy i ruszyliśmy z większą prędkością, niż pozwało na to prawo.

                                  
Light